Co dobrego?

środa, 25 listopada 2009

Skok w przyszłość

W tym tygodniu, rozważając Słowo Boga nie da się nie myśleć o końcu świata, o paruzji, której oczekujemy. Nasze życie wkrótce (chociaż nie wiemy jeszcze, kiedy) się skończy. Wspaniałość tego świata przeminie. Ale coś zostanie na dłużej, do końca, na wieczność...

W tradycjach filozoficznych i religijnych co i rusz możemy napotkać niczym uskrzydlone przekonanie, że w życiu człowieka to, co istotne, zakorzenione jest w głębi jego myślenia, w intensywności jego kochania, w autentyczności jego modlitw… Kto potrafi zawitać do swojego wnętrza (ale tak naprawdę, a nie na niby, w psychologicznym poznaniu siebie), aby w skupieniu się zastanowić, kto stał się kochającym, kto wciąż na nowo stawia czoło tajemnicy Boga – oto człowiek istotowy, poszukujący idealista (a może wręcz racjonalista i obserwator?).

Jednak ostatecznie to nie manuskrypty i multimedia przetrwają, ale ich duch; nie doskonała pod względem formy teoria miłości i poświęcenia się, ale codzienne oblicze ofiary, nie przysłaniając tym samym Boga; nie to, co robimy czy posiadamy, lecz to, czym jesteśmy i na co zwracamy uwagę w codziennych wyborach.

Chrystus mówi o trudnych czasach ostatecznych (por. Łk 21). Kto, jeśli nie człowiek poszukujący, byłby odporny na uleganie każdorazowej presji czasu i pójście za każdym głupstwem i głupcem? Kto inny znajdzie w sobie samym wystarczająco odwagi, by na wojny i prześladowania nie reagować agresją, nienawiścią i rozpaczą? Kto będzie potrafił (i już to czyni) dostrzegać znaki czasu i właściwie je interpretować?

Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym (Łk 21,36)

poniedziałek, 16 listopada 2009

Dać szansę Panu Bogu, czyli już po "Poznaj siebie"

Tydzień przed warsztatami "Poznaj siebie" naszła mnie chęc przygotowania do się do nich. Problem tkwił w tym, że zupełnie nie wiedziałem jak. Niby słyszałem jakieś pojedyncze zdania o tej akcji, ale były to raczej hasła.
W sumie fajnie: za tydzień poznam siebie, moi bracia powiedzą mi kolejne interpretacje mnie (kwaśne winogrona albo też słodkie cytryny), nad czym będę musiał się zastanowić; dowiem się o sobie czegoś nowego - myślałem sobie, po czym kilka minut później nie mogłem uwierzyć w swe naiwne słowa.

Postanowiłem jednak zaryzykować i dać szansę Panu Bogu! Panie, skoro Ty znasz mnie najlepiej, lepiej niż ja sam, ukaż mi prawdę o mnie. Prosiłem o to intensywnie na wieczornych adoracjach. Mam wrażenie, że sporo mi powiedział, do wielu spraw przekonał i zachęcił do pokoju.

A co wyniosłem z warsztatów? Może tylko to, aby nie nadinterpretowywać za wiele - spojrzeń ludzi, domniemań, opinii; aby nie zwracać zbyt bacznej uwagi na opienie innych.

Panie, żebym przejrzał...

Chyba nie przypadkowo jest tu użyty grecki czasownik anablepo, który dosłownie oznacza spoglądać w górę. Może wcześniejsze życie Bartymeusza było skupione na spoglądaniu w dół, czyli oczekiwaniu na współczucie, pogrążając się w beznadziei i pustce. Prawdziwym ślepcem nie jest ten, kto nic nie widzi, ale ten, kto nie chce oderwać wzroku od siebie i swoich problemów. Spojrzenie w górę nie tylko uwalnia od niepotrzebnego koncentrowania uwagi innych na sobie i żebrania o miłość. Spojrzeć w górę to zobaczyć Jezusa przybitego do krzyża dla mnie.

Ciekawe, co Bartymeusz wyczytał w oczach Jezusa i czy zastanawiał się, co on o Nim myśli...

piątek, 13 listopada 2009

Skosztowaliście przecież jak dobry jest Pan (1 P 2,3)

Czy to jest zawsze takie oczywiste? Częściej czujemy się wyrolowani przez Pana Boga, pogrążeni przez przeciwności losu, nieprzyjemne sytuacje, krzywdzące officia, fałszywych ludzi i obłudne prawo. Na wczorajszym dniu skupienia tak sobie myślałem, czy mam za co dziękować Bogu, czy czuję Jego błogosławieństwo w moim życiu, czy mogę o sobie powiedzieć, że skosztowałem przecież jak dobry jest Pan.

 Moje urodziny
 Pierwsze, wyuczone na pamięć pacierze
 Flamastry od dziadka
 Pierwsza podarowana mi książka
 Dobre oceny w szkole
 Zostanie ministrantem
 Pierwsze próby odmawiania brewiarza
 Koledzy i życzliwi ludzie
 Pierwsza myśl o zostaniu księdzem
 Dom dziecka i niekończąca się przygoda z dzieciakami
 Pierwszy artykuł w dużej gazecie
 Stypendium
 Pierwsza kolonia z Caritasem
 Pierwsza nieudana próba dostania się na pedagogikę
 …
 ...


Skosztowałem przecież jak dobry jest Pan…

czwartek, 12 listopada 2009

Fascynacja Bogiem cz. 2




Bóg jest Miłością! – największa rewelacja w historii ludzkości


Ciekawe, czy moglibyśmy sami wymyśleć Boga, który jest Wszechmocą? Nawet, jeśli tak, trudno wymyślić Boga, który jest Miłością! Czy zastanawiałeś się kiedyś nad tym, Bracie Człowieku? Zwróćmy uwagę, iż Bóg Jahwe w zdumiewającej historii zbawienia nie poprzestał na objawieniu Siebie w znakach. On postanowił przyjść do człowieka osobiście. Tego nikt z nas nie mógłby sobie wyobrazić. Stwórca stał się krewnym człowieka.

Pismo Święte – drugie po Tradycji źródło poznania naszej wiary – odsłania nam dwie elementarne prawdy o Bogu: (1) że jest i (2) że jest Miłością. Bóg jest Miłością (J 4, 8.16). W tym streszcza się cała prezentacja Pana. Niczego nie zrozumiemy z Jego tajemnicy i nauczania, jeśli choćby na chwilę zapomnimy o tym, że On jest najpierw Miłością, a nie katem Dekalogu nad utrudzoną duszą ludzką.

A w jaki sposób człowiek odpowiadał na miłość Stwórcy? Nierzadko reagował na nią niewdzięcznością, obojętnością, a nawet buntem. Taka postawa widoczna jest już u pierwszych ludzi. Pojmowali oni Boga, jako przeciwnika, Kogoś, kogo trzeba zniszczyć, aby trwać w niezależności. Tylko, dlaczego niedługo po pierworodnym nieposłuszeństwie, schowali się w zaroślach, upletli sobie przepaski figowe i odczuwali wstyd przed nagością? Był to skutek stawiania siebie na tronie Boga – lęk przed największym Przyjacielem…

A w jaki sposób dzisiaj człowiek odpowiada na miłość Stwórcy? Jak często chowamy się przed miłosiernym spojrzeniem Ojca, wyciągniętą w geście błogosławieństwa ręką Chrystusa?

Lęk towarzyszył nawet pobożnym Żydom, szlachetnym ludziom szukającym Boga czystym sercem. Ze strachu nawet nie wypowiadali Imienia zbawiciela. Dopiero Jezus wyjaśnił, że Bóg pragnie, aby zwracać się do Niego z czułością dziecka, nazywając Go: Abba, czyli serdecznym Tatą. Od tej katechezy rozumiemy, że bojaźń Boża to nie lęk, że Bóg może wyrządzić nam krzywdę, ale bojaźń o nas samych – o to, że przez swą głupotę i grzeszność odłączymy się od Boga. Podoba mi się porównanie, że mądra bojaźń Boża to postawa podobna do słusznego lęku dziecka, aby w tłumie ludzi nie odłączyć się od miłujących je rodziców.

Bóg objawia nam nie tylko fakt, że jest Miłością, ale także, że jest Żywą Osobą, nie zaś pewną kosmiczną siłą albo bohaterem z baśni Tysiąca i jednej nocy. Zwróćmy uwagę, że postanowił stać się człowiekiem – nie aniołem, nie jakimś nadludzkim stworzeniem, lecz tym, który Go zdradził, który Go zranił, Tym, który powinien umrzeć. Postanowił stać się naszym Bratem, by w ten sposób pokazać, na czym polega Jego nieskończona Miłość...

środa, 21 października 2009

Luźne szkice

Nie wiecie, o co prosicie...

Ileż to razy proszę Go o "głupoty"...
Żeby rano mi się chciało wstać z łóżka, żeby na medytacji nei usnąć, aby ktoregoś wykładu nie było albo przynajmniej brewis się trafił, żeby mieć czas wypić z kimś chociaż jedną kawę, aby łacina weszła do głowy, żeby szczerze być obecnym na adoracji, aby o nikim i niczym nie zapomnieć, żeby móc zasnąć, w poczuciu dobrze przeżytego dnia... Nie mówiąc już o naturalnej chęci bycia zauważonym, akceptowanym, docenionym, ambitnym.

A ile jest tych próśb wartościowych, powszechnych, dotykających dalszą sferę niż tylko mojego własnego "ja"? Pamiętam jedną z pierwszych konferencji o.W., który mówił, że ksiądz ma obejmować swoimi modlitwami cały świat, ludzi, którzy w tej chwili nie mogą się modlić - stoją w korku, karmią małe dziecko albo pracują, aby utrzymać rodzinę.

Często złoszczę się, jeśli Bóg nie spełnia dokładnie tego, czego oczekuję. Nie zawsze umiem dostrzec - choćby po czasie - że w takich sytuacjach daje znacznie więcej niż chciałem, planowałem, sztucznie wysilałem się...

Choć w gruncie rzeczy proszenie jest dowodem wiary i ufności, uznaniem mojej zależności od Niego.


niedziela, 11 października 2009

"Zaplanowane" życie

Wydaje Ci się, że znasz człowieka, starasz się nawiązać z nim bliższe relacje. I co? Jedno jest pewne: tylko Ci się WYDAJE.

Jakie to dziwne, że większość (a może nawet wszystkie) wydarzenia i osoby, których ja "nie zaplanowałem" były dla mnie lepsze od tych, w stosunku do których sam snułem plany. Ufam, że takowe są zsyłane przez Boga, zgodnie z powołaniem.

Jaki ja byłem naiwny! Rok temu "planowałem", z kim uda mi się zawiązać przyjaźnie, znajomości, planowałem, co i jak będzie. Nic z tego nie wyszło! Sam tylko się napociłem, próbując na siłę cokolwiek zawiązywać. Fakt, trzeba nieraz zacieśnić choćby nici relacji, ale prawdziwe przyjaźnie powstają "przy okazji", na codzień, pośród normalnego życia, wymiany światopoglądu, rewizji wspólnego spojrzenia. Po co więc tworzyć cokolwiek "na siłę"?

Mógłbym w tym miejscu wymienić wiele osób, relacje z którymi były zupełnie "przypadkowe", patrząc po ludzku. No i była też cała masa relacji toksycznych, nieudanych albo wręcz chorych, wzajemnie wypalających entuzjazm i radość z drugiej osoby.

Zabawne; wydaje Ci się, że znasz ludzi, tych, wokół których każdego dnia jesteś bardzo blisko. A tak naprawdę nic o nich nie wiesz: czy mają rodzeństwo, skąd się tu wzięli, dokąd zmierzają, jaki mają ulubiony rodzaj pizzy, czego w drugim człowieku nie lubią, a co ich tak prawdziwie fascynuje. Rozmowy o niczym, omawiane po raz setny baśnie i legendy oraz dopracowywanie strategii działania na polu "społeczności ludzkiej"... Bez sensu.


Cieszę się z tych wszystkich nieprzypadkowo "przypadkowych" relacji...

"Nie szukaj przyjaciół na siłę"
"Potrzeba wiele czasu, aby komuś móc zaufać"

piątek, 9 października 2009

Terapia wstrząsowa

Byłem ostatnio na filmie: Weronika postanawia umrzeć (ekranizacja powieści Paulo Coelho o tym samym tytule, reż. Emily Young, absolwentka Łódzkiej Szkoły Fimowej). Od razu pogrążyłem się we wnikliwej analizie osoby chcącej popełnić samobójstwo. Skąd się biorą ludzie, którzy w dokładnie przemyślany sposób targną się na swoje życie? Czy życie tak bardzo boli? I w końcu – czymże jest szczęście i czy w ogóle możemy je zauważyć…

Znudzona i rozgoryczona monotonnym życiem bohaterka postanawia popełnić samobójstwo. Starannie się przy tym przygotowuje: łyka środki nasenne, będąc przekonaną, że już się nie obudzi. Dzieje się – niestety – inaczej. Weronika budzi się w szpitalu psychiatrycznym i dowiaduje się, że wskutek nieudanej próby samobójczej, poważnie uszkodziła serce. Czas, jaki jej pozostał można liczyć w tygodniach. Początkowo kobieta nie jest załamana nadchodzącą śmiercią. Myślała nawet o kolejnym, tym razem skutecznym sposobie pozbawienia się życia.





W pewnym momencie dokonują się kulminacyjne zmiany w sposobie myślenia Weroniki. Pod wpływem spotkania z rodzicami (którym nie wyjawiła prawdy o chorobie serca i nadchodzącej śmierci), rozmów z personelem i pacjentami, dziewczyna na nowo odkrywa piękno świata. Wszystko przemyślałam. Ja muszę stąd wyjść – oznajmiła ni stąd, ni zowąd lekarzowi prowadzącemu. Przekonuje się, że życie jest najwyższą wartością, a dostrzeżenie każdej chwili pozostających jej dni stało się największą ambicją.

W psychiatryku Bohaterka poznaje Edwarda. Młody, przystojny, zamknięty w sobie mężczyzna dziwnym trafem podbija jej serce. Zakochani postanowili ostatnie chwile życia Weroniki spędzić sami, poza murami szpitala. Uciekają więc, delektują się każdym miejscem, każdą napotkaną osobą, każdą czynnością, spędzają wspaniałą noc, a rano cieszą się, że kobieta wciąż żyje. Uważają to za cud, gdyż – według prognoz lekarza – powinna już umrzeć.

Nagle wyjaśnia się cała tajemnica! Weronika nie uszkodziła swojego serca. Wyleczyły ją zastrzyki. Cóż za przebiegły trik psychologiczny! Kobieta została poddana nowej terapii. Doktor Igor celowo oszukał pacjentkę, a dzięki perspektywie bliskiej i nieuchronnej śmierci, zaczęła ona doceniać wartość życia.

Film nie jest jedynie pochwałą życia jako takiego, ale także krótką obserwacją samotnego, szalonego świata, który – w swoistym „wyścigu szczurów” – goni za pieniędzmi i sukcesem. Świat, z którego aż chce się uciec, bo nie sposób w nim już normalnie i po ludzku funkcjonować. Jak określa je sama bohaterka: Naokoło tylko zombie jeżdżące metrem, którzy dano zapomnieli już o swoich marzeniach.

W monotonii dzisiejszego świata może i nie da się traktować każdego dnia, jakby to był ten ostatni. Traktując życie jako pewnik, nie uświadamiamy sobie, że każda doba jest cudem. Krytycy zarzucają Autorowi książki, że jego twórczość to nadmuchane banały. Uszlachetniona prawda o fascynacji życiem. Banał? Może i tak, ale warto sobie o nim przypominać, w przerwie pomiędzy tą ciągłą, życiową bieganiną.


Mój artykuł: "Gdy życie woła o pomoc",
poświęcony problemowi samobójstw